Żołnierz, którego Beria pytał o sanki. Droga kpt. Iglewskiego przez Łubiankę, cichociemnych i komunistyczny sąd

0
5
ELIGERE.PL | Ppłk piech. Antoni Iglewski ps. „Suseł”, „Igła”, „Nieczuja”, „Antoni”, „Mazecki”, „Vanadi”, „Ponar”. Foto: archiwum, ulepszone przez AI
ELIGERE.PL | Antoni Iglewski ps. „Suseł”, „Igła”, „Nieczuja”, „Antoni”, „Mazecki”, „Vanadi”, „Ponar”. Foto: archiwum, ulepszone przez AI

Mało który żołnierz Armii Krajowej mógł powiedzieć, że rozmawiał osobiście z szefem NKWD. Po wojnie usłyszał wyrok za rzekome pomaganie tym samym Niemcom, z którymi przez sześć lat walczył. Kapitan Antoni Iglewski, pseudonimy „Igła” i „Ponar”, przeszedł przez kampanię wrześniową, sowiecką celę śmierci, szkolenie cichociemnych i dowodzenie batalionem szturmowym, by na końcu trafić przed komunistyczny sąd z absurdalnym aktem oskarżenia.

Najważniejsze:

  • Iglewski był przesłuchiwany na Łubiance bezpośrednio przez Ławrentija Berię, szefa całego NKWD, co wskazuje, jak wysoko Sowieci oceniali jego wartość informacyjną.
  • Po agresji Niemiec na ZSRS skazano go na śmierć, a następnie ułaskawiono, układ Sikorski-Majski był dla niego dosłownie bramą do życia.
  • Przeszedł kurs cichociemnych w Anglii i wrócił do okupowanego kraju jako przeszkolony dywersant, obejmując dowodzenie działaniami zbrojnymi w Inspektoracie miechowskim AK.
  • Jako dowódca batalionu „Suszarnia” w 106. Dywizji Piechoty AK planował i prowadził akcje rozbrajania niemieckich posterunków oraz zdobywania zaopatrzenia.
  • Po wojnie komunistyczny sąd skazał go za rzekome porozumienie z Niemcami. Usłyszał więc zarzut będąc kimś, kto przez całą wojnę te niemieckie struktury zbrojnie rozbijał.

Wrzesień 1939: mobilizacja i natychmiastowa konspiracja

Na kilka dni przed wybuchem wojny Iglewski stawił się do grodzieńskiego dowództwa okręgu korpusu, do którego został przydzielony w ramach mobilizacji. Przeszedł całą kampanię obronną i uniknął zarówno niewoli niemieckiej, jak i sowieckiej, w sytuacji, gdy Polska była atakowana jednocześnie z zachodu i wschodu, obydwa ryzyka były realne i masowe. Natychmiast po klęsce wszedł w struktury rodzącego się podziemia: generał Michał Tokarzewski-Karaszewicz powierzył mu kierowanie konspiracją na obszarze Białostocczyzny w ramach Związku Walki Zbrojnej.

Prowadzenie tej pracy wymagało regularnego kontaktu z centralą w Warszawie, mimo że oba miasta znajdowały się po różnych stronach granicy między strefami okupacyjnymi. Iglewski sześciokrotnie ją przekraczał, docierając do ówczesnego pułkownika Stefana Roweckiego po środki finansowe i wytyczne operacyjne. Każde takie przejście było zadaniem, w którym wykrycie oznaczało niemal pewną śmierć, patrole sowieckie i niemieckie były instruowane, by takich kurierów eliminować.

Łubianka: rozmowy przy herbacie i wyrok śmierci w aktach

W listopadzie 1940 roku sowiecki wywiad dotarł do Iglewskiego. Aresztowany razem z pułkownikiem Józefem Spychalskim, trafił najpierw do Mińska, a następnie do słynnego więzienia NKWD przy Łubiance w Moskwie.

To, co tam nastąpiło, odbiega od oczekiwanego scenariusza. We własnych wspomnieniach Iglewski opisywał śledztwo jako pozbawione tortur, prowadzone w spokojnym tonie, głównie wieczorami i nocą. Wśród przesłuchujących znalazł się Ławrentij Beria, nie podwładny, lecz sam kierujący całą strukturą NKWD. Dlaczego szef jednej z najpotężniejszych służb wywiadowczych świata osobiście rozmawiał z aresztowanym polskim komendantem obwodu? Źródło nie daje odpowiedzi wprost, ale samo to zestawienie sugeruje, że Sowieci uznawali go za figurę o ponadstandardowej wartości informacyjnej.

Beria wypytywał między innymi o produkcję sanek przez stronę niemiecką i możliwość ich militarnego zastosowania w kampanii przeciwko ZSRS. Pytanie pozornie absurdalne, tymczasem w warunkach wschodniej zimy sanki były sprawdzonym środkiem transportu wojskowego, a sowieckie służby już przed czerwcem 1941 roku zbierały dane o potencjale nieprzyjaciela. Cała ta relacja pochodzi z własnych wspomnień Iglewskiego, które siłą rzeczy pozbawione są możliwości zewnętrznej weryfikacji.

Po ataku Niemiec na ZSRS sytuacja Iglewskiego zmieniła się radykalnie. Skazano go na śmierć, a następnie ułaskawiono. Z potencjalnego wroga stał się nagle obywatelem kraju sojuszniczego, zbyt cennym, by go likwidować.

Układ, który otworzył celę

Porozumienie dyplomatyczne zawarte między rządem polskim na uchodźstwie a władzami sowieckimi, miało dla tysięcy Polaków przetrzymywanych w łagrach i więzieniach znaczenie całkowicie dosłowne: otwierało drzwi. Dla Iglewskiego, który oczekiwał na wykonanie wyroku śmierci, oznaczało wyjście z Łubianki.

Skierowany najpierw do zadań przy polskiej placówce dyplomatycznej w Moskwie, wkrótce dołączył do formowanych pod dowództwem generała Władysława Andersa polskich jednostek wojskowych. W sierpniu 1941 roku znalazł się w Anglii, gdzie przeszedł szkolenie cichociemnych, elitarny kurs przygotowujący do działań dywersyjnych po zrzucie na terytorium okupowanej Polski. Program obejmował między innymi skoki spadochronowe oraz pracę w konspiracji i dywersję.

Powrót i obejmowanie dowodzenia w Inspektoracie miechowskim

Do kraju wrócił w lutym 1943 roku. Dowódca Armii Krajowej skierował go do Okręgu Kraków, gdzie początkowo objął stanowisko szefa dywersji i partyzantki w Sztabie Okręgu, funkcję koordynującą planowanie i realizację akcji zbrojnych na rozległym obszarze. W marcu 1944 roku przeniesiony został do Inspektoratu miechowskiego, kryptonim „Maria”, obejmującego powiaty miechowski, olkuski i pińczowski. Dziewiętnastego marca objął równocześnie stanowisko zastępcy inspektora i kierownictwo nad pionem dywersji. Jego bezpośrednim przełożonym był major Bolesław Nieczuja-Ostrowski, operujący pod pseudonimami „Bolko” i „Tysiąc”.

Siedemnaście karabinów na cały Inspektorat, i co z tym zrobił Iglewski

Aby nie wzbudzać podejrzeń, Iglewski figurował w Miechowie jako furman, rola dająca naturalne uzasadnienie dla przemieszczania się po terenie. Jedną z pierwszych czynności po przybyciu było zwołanie odprawy kierownictwa Inspektoratu we wsi Brzuchania, z udziałem między innymi Stanisława Jazdowskiego „Żbika” i Alojzego Dziury-Dziurskiego „Kmity”.

Zastał obraz, który go nie satysfakcjonował. Dotychczasowa aktywność koncentrowała się na działaniach wymierzonych w konfidentów, rozbijaniu struktur administracyjnych i niszczeniu dokumentacji kontyngentowej, pracy ważnej, ale reaktywnej. Powód był prozaiczny i bardzo konkretny: cała grupa dywersyjna działająca pod kryptonimem „Dominika” dysponowała siedemnastoma sztukami broni. Przy jednostce liczącej więcej niż kilkanaście osób taka liczba oznacza, że część żołnierzy wchodziłaby do każdej akcji bez broni lub z bronią białą. Planowanie uderzenia na umocniony posterunek z takim wyposażeniem byłoby nie brawurą, lecz marnowaniem ludzi. Niezadowolenie Iglewskiego wynikało więc nie z ambicji, lecz z trzeźwej oceny sytuacji.

Odpowiedź była operacyjna: po kilku dniach sformował pierwszy na tym terenie oddział partyzancki, „Skrzetuski”, oddając go pod dowództwo Tadeusza Pacyny „Borowika”. Zaczął też budować potencjał bojowy z tego, co było dostępne.

W maju 1944 roku oddział realizował akcje nastawione na uzupełnianie zapasów. W czerwcu udało się przechwycić transport kolejowy w Charsznicy, zdobyto kilkanaście karabinów, kilkadziesiąt granatów i kilka tysięcy sztuk amunicji, a przy okazji potrzebne obuwie i odzież. Akcja miała więc zarówno wymiar bojowy, jak i logistyczny. W Prandocinie opanowano mleczarnię, skąd zarekwirowano kilkaset kilogramów sera i masła oraz zapasy alkoholu, produkty, które zasilały zaplecze oddziału i sieć kontaktów w terenie.

Równolegle Iglewski planował akcję „M”, próbę odbicia pułkownika Spychalskiego, swojego dawnego towarzysza z aresztowania i Łubianki, który trafił teraz w ręce innego ocupanta. Zgromadził na ten cel ponad stu żołnierzy z najlepszym dostępnym uzbrojeniem. Do próby nie doszło z przyczyn niezależnych od niego.

Batalion „Suszarnia” i republika pińczowska

Latem 1944 roku, gdy ofensywa sowiecka zachwiała niemiecką kontrolą nad częścią Kielecczyzny, na krótki czas ukształtowała się tak zwana republika pińczowska, prowizoryczna strefa, w której realna władza należała do polskiego podziemia, nie do administracji okupacyjnej. W tym kontekście, na początku sierpnia 1944 roku, Iglewski objął dowodzenie Samodzielnym Batalionem Szturmowym „Suszarnia” w składzie 106. Dywizji Piechoty AK, sformowanej kilka miesięcy wcześniej.

Do poważniejszych akcji przeprowadzonych pod jego kierownictwem należało uderzenie na posterunek policji w Działoszycach pod koniec lipca 1944 roku, zakończone bez strat własnych i z przejęciem znacznych ilości broni, amunicji i wyposażenia. Podobne działania objęły Kazimierzę Wielką i Grabocin. W tym ostatnim przypadku informację o nieobecności Niemców na posterunku dostarczył funkcjonariusz policji granatowej, co pozwoliło przeprowadzić całą operację bez walki. Łupem padło kilkadziesiąt sztuk broni palnej, w tym cztery ciężkie karabiny maszynowe, a także amunicja, granaty i dwa pojazdy.

Powojenny absurd: wyrok za kolaborację dla żołnierza, który rozbrajał Niemców

Iglewski wybrał pozostanie w Polsce po zakończeniu wojny. W grudniu 1948 roku funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego aresztowali go we Wrocławiu i przetransportowali do krakowskiego Wojewódzkiego UBP, gdzie poddano go brutalnemu śledztwu.

Akt oskarżenia zawierał zarzut opracowania projektu porozumienia między 106. DP AK a stroną niemiecką, które miało zakładać pomoc AK przy ściąganiu kontyngentów, wspieranie administracji okupacyjnej i obronę władz niemieckich przed desantem sowieckim. Zestawienie tych zarzutów z życiorysem oskarżonego wymaga chwili skupienia: człowiek, który od 1939 roku prowadził konspirację przeciwko obu okupantom, sześciokrotnie przekraczał linię demarkacyjną z misjami wywiadowczymi, siedział na Łubiance, wrócił jako cichociemny i w 1944 roku osobiście planował rozbrajanie posterunków tej samej policji, miał jednocześnie, według prokuratorów, pomagać tej policji utrzymać władzę. Logika aktu oskarżenia przeczyła każdemu udokumentowanemu faktowi z biografii Iglewskiego.

Był to mechanizm szeroko stosowany przez aparat bezpieczeństwa Polski Ludowej wobec żołnierzy AK: sfabrykowany zarzut kolaboracji wymierzony właśnie w tych, których wojenna aktywność była najbardziej wyraźna i najtrudniejsza do przemilczenia. Im więcej ktoś zrobił przeciwko Niemcom, tym wygodniejszy stawał się paradoks oskarżenia, bo jego obalenie wymagało dokładnie tego rodzaju dowodów, które komunistyczny aparat sądowy po prostu ignorował.

Wiosną 1953 roku Sąd Wojewódzki w Krakowie wydał wyrok: osiem lat pozbawienia wolności. Iglewski wyszedł na wolność trzy lata po ogłoszeniu wyroku. Zmarł we Wrocławiu w 1979 roku.

Najczęściej zadawane pytania

Czy Iglewski był typową postacią dla kadry oficerskiej AK?

Pod kilkoma względami był wyjątkiem. Większość oficerów konspiracji nie przeszła przez sowieckie więzienie przed powrotem do walki, nie mówiąc o bezpośrednim kontakcie ze ścisłym kierownictwem NKWD. Jego droga przez układ Sikorski-Majski, wojsko Andersa i szkołę cichociemnych była ścieżką przebytą przez nielicznych. Cichociemni jako formacja liczyli nieco ponad trzystu żołnierzy zrzuconych do kraju przez całą wojnę, w armii, która w szczytowym momencie liczyła setki tysięcy zaprzysiężonych. Iglewski należał więc do wyjątkowo przeszkolonej i wyjątkowo doświadczonej mniejszości.

Dlaczego komunistyczny aparat wybrał akurat zarzut kolaboracji z Niemcami?

Zarzut kolaboracji był szczególnie użyteczny politycznie z kilku powodów. Po pierwsze, stawiał żołnierza AK w pozycji moralnie nie do obrony w oczach opinii publicznej, zanim jeszcze cokolwiek udowodniono. Po drugie, odwracał narrację: z bohatera ruchu oporu oskarżony stawał się zdrajcą. Po trzecie, dowody były drugorzędne, w stalinowskim procesie wystarczało zeznanie wymuszane śledztwem. Iglewski był jednym z wielu oficerów AK, którym w tamtym okresie stawiano podobne zarzuty. Skala tych procesów pokazuje, że nie chodziło o rozliczenie rzeczywistych win, lecz o systemowe eliminowanie kadry, która mogła stanowić polityczną alternatywę lub symboliczne zagrożenie dla nowej władzy.

Co oznaczała rola szefa dywersji i partyzantki w strukturach AK?

W ramach inspektoratu była to funkcja odpowiadająca za planowanie i nadzorowanie akcji zbrojnych: dywersję kolejową i przemysłową, likwidacje, odbijanie więźniów, zdobywanie broni i zaopatrzenia. Szef dywersji odpowiadał zarówno za przygotowanie operacyjne poszczególnych akcji, jak i za koordynację między oddziałami realizującymi działania w terenie. Jako zastępca inspektora Iglewski miał przy tym wpływ na decyzje całego Inspektoratu, nie tylko na pion bojowy. Był to jeden z kluczowych węzłów dowodzenia na poziomie pośrednim między strukturami okręgu a jednostkami partyzanckimi działającymi bezpośrednio w terenie.

Jak potoczyły się losy Iglewskiego po wyjściu z więzienia?

Źródło podaje, że opuścił zakład karny trzy lata po wydaniu wyroku, a następnie mieszkał we Wrocławiu aż do śmierci w 1979 roku. Dalsze szczegóły dotyczące jego życia po wyjściu na wolność nie są objęte materiałem źródłowym.

Tekst powstał na podstawie artykułu opublikowanego w serwisie przystanekhistoria.pl.

Fot. Lonio17 / Wikimedia Commons (CC BY-SA 4.0)


ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj