Gdy strajk w Stoczni Gdańskiej przyciągał wzrok całej Polski, kilka kilometrów dalej robotnicy portowi toczyli własną, mniej nagłośnioną walkę. Miała ona odrębnych liderów, własny kryzys przywództwa i dramatyczny punkt zwrotny pewnej sierpniowej nocy, który niemal rozsadził jedność całego Wybrzeża od środka.
Najważniejsze:
- Zarząd Portu Gdańsk przyłączył się do strajku po wybuchu protestu w Stoczni Gdańskiej, ale mobilizacja przebiegała rejon po rejonie, oddolnie i wielotorowo, nie jako skoordynowane uderzenie.
- Pierwszym szefem połączonego komitetu strajkowego był Antoni Mańkowski, obalony przez własnych ludzi po tym, jak port próbował prowadzić odrębne negocjacje z wicepremierem Tadeuszem Pyką, z pominięciem wspólnego frontu MKS.
- Nowym przywódcą został Stanisław Jarosz, operator sprzętu zmechanizowanego bez wcześniejszych związków z opozycją, który objął funkcję pod warunkiem pełnego podporządkowania portu Międzyzakładowemu Komitetowi Strajkowemu przy stoczni.
- Jarosz doprowadził strajk do podpisania porozumień, a potem walczył m.in. o powrót krzyża na cmentarz obrońców Westerplatte.
- Postać Jarosza do dziś budzi spory: akta operacyjne SB sugerują jego rolę w reaktywowanym przez bezpiekę związku po wprowadzeniu stanu wojennego, lecz jego własne aresztowanie za kierowanie strajkiem protestacyjnym w tym samym okresie podważa tę narrację.
Cztery rejony, jeden bunt, ale nie od razu jeden ruch
Zarząd Portu Gdańsk nie był monolitem. Dzielił się na cztery geograficznie i organizacyjnie odrębne rejony, co zdecydowało o tym, jak sierpniowy protest toczył się w jego murach. Kiedy stocznia już strajkowała, port nie stanął jednym gestem, zatrzymywał się stopniowo, każdy rejon we własnym rytmie.
Jako pierwszy do protestu przystąpił Rejon I, ulokowany przy dawnych przystankach podmiejskiej linii elektrycznej biegnącej w stronę Brzeźna i Nowego Portu. Tam Czesław Nowak sporządził listę żądań skupionych głównie na sprawach wewnątrzzakładowych. Niedługo potem dołączyli dokerzy z Rejonu II, zwanego „Wiślanym”, rozciągającego się wzdłuż ulicy Marynarki Polskiej w kierunku Gdańskiej Stoczni Remontowej. Niemal równocześnie, w Rejonie IV obejmującym Port Północny, mechanik Marian Siwy samodzielnie ogłosił strajk. Rejon III w relacjach pozostaje nieobecny, jego milczenie jest samo w sobie wymowne i sugeruje, że bunt portowy był bardziej rozproszony, niż zwykło się przyjmować.
Połączenie sił nastąpiło dopiero na zebraniu w stołówce Rejonu II, gdzie przedstawiciele trzech protestujących rejonów zdecydowali o wspólnym strajku solidarnościowym ze stoczniowcami. To nie była automatyczna jedność, to był wybór, dokonany pod presją chwili i przy realnym ryzyku, że każdy rejon pójdzie własną drogą.
Mańkowski i pierwsze żądanie wolnych związków
W Rejonie II główną rolę odgrywali Antoni Grabarczyk i Antoni Mańkowski. To oni opracowali listę postulatów, które portowcy zgłosili na naprędce zwołanym wiecu. Właśnie wtedy padło, według relacji, po raz pierwszy żądanie powołania niezależnych związków zawodowych, bo dotychczasowe, w powszechnej ocenie, całkowicie straciły wiarygodność. To, że to samo hasło rodziło się równolegle w stoczni, w porcie i w innych miejscach, mówi coś ważnego: żądanie wolnych związków nie było produktem jednego ośrodka, lecz wyrazem zbiorowego przesilenia.
Na wspólnym zebraniu rejonów postanowiono delegować Stefana Lewandowskiego do Stoczni Gdańskiej jako przedstawiciela portu. Lewandowski pozostał tam do końca sierpniowych negocjacji i znalazł się wśród sygnatariuszy zawartych porozumień. Zwierzchnictwo nad portowym komitetem strajkowym, z siedzibą na „Wiślanym”, powierzono Mańkowskiemu.
Współpraca ze stocznią szła jednak opornie. Dokerzy wysłani do stoczni wrócili z relacją o aroganckim przyjęciu, a nie o bratnich uściskach. Grabarczyk wspominał, że ledwo udało się powstrzymać robotników przed rozejściem do domów na noc. Port trwał, ale pod wyraźną presją.
Port o mało nie stanął samodzielnie
Sobota 16 sierpnia przyniosła cios, który zatrząsł portowym komitetem. Stoczniowcy ogłosili przedwczesne zakończenie strajku, a portowcy odebrali to jako jednostronne zerwanie solidarności. Zranieni tym, zaczęli skłaniać się ku samodzielnym negocjacjom z wicepremierem Tadeuszem Pyką, z pominięciem Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego.
Kulminacja nastąpiła w środku nocy, gdy Mańkowski z grupą portowców z Rejonu II pojawił się w stoczni, gdzie spał Marian Świtek. Obudzili go i zabrali na „Wiślany”. Tam Świtek usłyszał, że portowcy ogłaszają pełne przejęcie kontroli nad własnym strajkiem i zamierzają podjąć rozmowy z Pyką. Padły słowa, że nikt w porcie nie zamierza dłużej podporządkowywać się decyzjom podejmowanym po drugiej stronie. Do próby przekonania zbuntowanych portowców przystąpili dyrektor Mieczysław Płoski i Andrzej Michałowski.
Kluczowy okazał się jednak nie argument z zewnątrz, lecz rzeczywistość: gdy portowcy przekonali się, że obietnice Pyki są warte niewiele, sami odrzucili tę ścieżkę. Komitet pod Mańkowskim obalili własni ludzie, nie stocznia, nie działacze opozycji, lecz ci sami robotnicy, którzy go wcześniej wybrali. Kilka godzin wcześniej chcieli działać w pojedynkę, teraz sami wyciągnęli wniosek, że samodzielność ich osłabia. Nowy komitet powołano na Wydziale Elektrycznym Portu Północnego.
Ten epizod jest jednym z bardziej niedocenianych w całym sierpniowym kalendarzu. Pokazuje, że jedność Wybrzeża nie była dana, była wywalczana, niekiedy wbrew własnym impulsom, przez samych robotników.
Jarosz i warunek, który zamknął furtkę do osobnych negocjacji
Na szefa nowego komitetu wybrano Stanisława Jarosza, człowieka, który trafił do portu jako operator sprzętu zmechanizowanego zaledwie dwa lata wcześniej i nie był wcześniej związany z żadną strukturą opozycyjną. Podobny profil miało wielu liderów wyłonionych przez Sierpień: brak opozycyjnego stażu bywał atutem, bo nie obciążał człowieka niczyimi oczekiwaniami.
Jarosz przyjął funkcję pod jednym warunkiem. Postawił sprawę wprost: port rezygnuje z jakichkolwiek bocznych rozmów z przedstawicielami rządu, jedynym reprezentantem strajkujących jest Międzyzakładowy Komitet Strajkowy przy stoczni, do którego Zarząd Portu Gdańsk rejestruje się jako odrębny zakład.
Dlaczego ten warunek był czymś więcej niż proceduralną formalnością? Bo zamykał furtkę, przez którą rząd mógłby próbować rozbijać strajk zakład po zakładzie, oferując każdemu nieco lepsze warunki osobno. Strategia podziału i negocjowania z poszczególnymi ogniwami protestu była klasycznym instrumentem władzy. Jarosz, bez doświadczenia opozycyjnego, trafnie to rozpoznał i uczynił z jego odrzucenia warunek sine qua non swojego przywództwa. Warunek przyjęto. Jarosz poprowadził strajk portowy aż do 31 sierpnia.
Po porozumieniach: związek, krzyż i długi cień
We wrześniu Jarosz objął kierownictwo komitetu założycielskiego NSZZ w porcie, a dwa miesiące później stanął na czele Prezydium Rady Związkowej NSZZ „Solidarność” w Zarządzie Portu Gdańsk. Autorytet zdobyty w sierpniu przekuł w trwałą pozycję organizacyjną.
Jedną z bardziej symbolicznych inicjatyw jego kadencji była walka o powrót krzyża na cmentarz obrońców Westerplatte. Razem z Czesławem Nowakiem, Janem Hałasem i Zygmuntem Sikorskim wywierał presję na władze PRL, niechętne temu pomysłowi. Ostatecznie wyraziły one zgodę. Msza odprawiona 30 sierpnia 1981 roku przyciągnęła kilkadziesiąt tysięcy osób. Jarosz jako szef portowej „Solidarności” pełnił podczas niej rolę gospodarza uroczystości.
Ten gest, odzyskanie krzyża dla miejsca pamięci o obrońcach Westerplatte, miał wymiar daleko wykraczający poza kwestię religijną. Westerplatte to dla Gdańska i Polski symbol oporu; walka o krzyż była walką o prawo do pamięci poza ramami narzuconymi przez PRL.
Na postaci Jarosza ciąży jednak długoletni spór. Część środowiska portowego wskazywała na jego rozmowy z funkcjonariuszami Służby Bezpieczeństwa w czasie pełnienia funkcji przewodniczącego Komisji Zakładowej. Poważniejszym ciężarem stała się informacja zawarta w aktach sprawy obiektowej „Renesans”: wynika z niej, że działacz związkowy z branży portowej, identyfikowany jednoznacznie z Jaroszem na podstawie inicjałów, miał po wprowadzeniu stanu wojennego objąć z ramienia bezpieki funkcję kierowniczą w reaktywowanym przez nią związku.
Tej narracji przeczą jednak fakty: w stanie wojennym Jarosz stanął na czele strajku protestacyjnego i za to trafił do więzienia. Agenci nie lądują w celach za działalność, do której ich mocodawcy mają interes dopuścić. Akta operacyjne SB są z natury instrumentalne, służba bezpieczeństwa miała powody, by opisywać działaczy w sposób kompromitujący, niezależnie od rzeczywistości. Inicjały to nie nazwisko, a sprawa obiektowa to nie wyrok. Środowisko portowe tej sprzeczności do dziś nie rozstrzygnęło w sposób, który satysfakcjonowałby wszystkich.
Najczęściej zadawane pytania
Dlaczego port był tak blisko zerwania z MKS w połowie sierpnia?
Portowcy weszli w strajk z poczuciem własnej siły i własnych racji, a ich pierwsze kontakty ze stocznią przyniosły rozczarowanie, wysłani tam dokerzy wrócili z relacją o aroganckim przyjęciu, nie o braterstwie. Gdy stoczniowcy dodatkowo ogłosili przedwczesne zakończenie strajku, odebrali to jako jednostronne opuszczenie wspólnego frontu. Logicznym odruchem było szukanie własnej drogi. Dopiero gdy ta droga, w postaci rozmów z wicepremierem Pyką, okazała się ślepą uliczką, portowcy sami wrócili pod skrzydła MKS, i to bez zewnętrznego nacisku.
Co sprawiło, że Jarosz był wiarygodny tam, gdzie Mańkowski zawiódł?
Mańkowski zawiódł nie dlatego, że był złym liderem, lecz dlatego, że dał się uwieść logice separatyzmu: działajmy sami, bo razem nas lekceważą. Jarosz objął przywództwo dokładnie w momencie, gdy ta logika poniosła porażkę, i postawił warunek, który był jej bezpośrecznym zaprzeczeniem. Nie wymagało to doświadczenia opozycyjnego, wymagało właściwej oceny sytuacji we właściwym momencie.
Czy zarzuty o współpracę Jarosza z SB zostały rozstrzygnięte?
Nie definitywnie. Akta sprawy obiektowej „Renesans” zawierają zapis wskazujący na działacza portowego o inicjałach zbieżnych z Jaroszem jako osobę mającą pełnić funkcję w reaktywowanym przez SB związku po wprowadzeniu stanu wojennego. Jednocześnie w tym samym okresie Jarosz kierował strajkiem protestacyjnym i poniósł za to konsekwencje sądowe. Obie wersje nie dają się łatwo pogodzić, a akta operacyjne bezpieki są źródłem, które z definicji wymaga ostrożności interpretacyjnej.
Co sierpniowy strajk portowy mówi o naturze całego Sierpnia ’80?
Pokazuje, że jedność Wybrzeża była procesem, a nie punktem wyjścia. Stocznia i port to były dwie odrębne siły, z różnymi kulturami, różnymi liderami i różnymi momentami kryzysu. To, że ostatecznie weszły pod jeden dach MKS, nie było nieuchronne, było efektem wyborów dokonywanych przez konkretnych ludzi w konkretnych, często dramatycznych momentach. Historia Jarosza i Mańkowskiego przypomina, że wielkie ruchy społeczne trzymają się razem nie dzięki abstrakcyjnej solidarności, lecz dzięki decyzjom podejmowanym nocą, w stołówkach i na wydziałach elektrycznych.
Fot. Borys Kozielski / Wikimedia Commons (CC BY 4.0)









