Słowiański panteon: dziura w fundamencie, której nie da się załatać romantycznym mitem

0
24
Słowiański panteon: dziura w fundamencie, której nie da się załatać romantycznym mitem
Źródło: Wikimedia Commons (CC BY-SA 4.0)

Grecka mitologia to literatura, która sama sygnalizuje swoją literackość. Germańskie sagi zapisywali ludzie tej samej kultury, którą opisywali. Słowianie nie mieli ani własnego pisma, ani własnych kronikarzy. Gdy pojawiły się warunki, by utrwalić ich wierzenia, kultura ta była już w trakcie chrystianizacji albo dawno za nią. Co zostało? Kilka relacji z zewnątrz, kilkanaście pytań bez odpowiedzi i potężna pokusa wypełnienia pustki.

Najważniejsze:

  • Słowianie nie pozostawili własnych zapisów o swoich wierzeniach, wszystko, co wiemy, pochodzi od obcych obserwatorów piszących z dystansu kulturowego i teologicznego.
  • Dwa najważniejsze świadectwa, z VI i XII wieku, dzieli ponad sześćset lat i tysiące kilometrów, a mimo to są do siebie uderzająco podobne, co wcale nie świadczy o ich wiarygodności, lecz może świadczyć o tym, że obaj autorzy używali tego samego chrześcijańskiego schematu interpretacyjnego.
  • Polska, Czechy i ludy Słowiańszczyzny południowej to obszary niemal pozbawione wiarygodnych źródeł, a jednocześnie obszary, dla których późniejsze epoki skonstruowały najbardziej rozbudowane mitologie, oparte bardziej na potrzebie tożsamości niż na faktach.
  • Brak słowiańskiej mitologii w ścisłym sensie nie jest przypadkiem: złożyły się na niego brak pisma, szybka chrystianizacja i marginalne zainteresowanie obcych autorów słowiańską religijnością.

Dwaj świadkowie, sześćset lat różnicy i ten sam schemat pojęciowy

Najstarsze zachowane świadectwo o religii Słowian wyszło spod pióra Prokopa z Cezarei, bystrego obserwatora i wpływowego uczestnika życia politycznego w Bizancjum za panowania Justyniana Wielkiego. Prokop odnotował, że Słowianie atakowali wówczas bałkańskie prowincje cesarstwa i że wierzyli w jednego boga, twórcę błyskawicy, jedynego władcę wszystkiego. Składali mu w ofierze woły i inne zwierzęta, a w obliczu śmierci, w chorobie lub na wojnie, przysięgali złożyć ofiarę, jeśli ją przeżyją. Gdy przeżyli, wywiązywali się ze złożonej obietnicy, przekonani, że w ten sposób kupili sobie ocalenie.

Sześćset lat później wagryjski proboszcz Helmold z Bozowa, opisując Słowian połabskich zamieszkujących jego własną parafię na terenie obecnego wschodniego Holsztynu, przedstawił obraz do złudzenia podobny. Słowianie wierzyli u niego w jednego boga rządzącego niebem i rozkazującego pozostałym bóstwom, które wywodziły się z jego krwi i pełniły przydzielone im zadania. Helmold odnotował też wyraźny dualizm: pomyślny los miał być w rękach dobrego boga, los niepomyślny zaś boga złego, zwanego przez Słowian imieniem nawiązującym do czerni i mroku.

Pozorna zgodność tych dwóch relacji, rozdzielonych wiekami i odległością geograficzną, mogłaby sugerować, że mamy do czynienia z wiarygodnym obrazem. Profesor Jerzy Strzelczyk, analizujący ten problem we wstępie do swojej książki poświęconej wierzeniom dawnych Słowian, stawia jednak argument odwrotny: właśnie ta zgodność powinna budzić podejrzliwość. Obaj autorzy patrzyli przez ten sam pryzmat chrześcijańskiej teologii, w której naturalnym porządkiem jest jeden bóg nad bogami i wyraźna granica między dobrem a złem. Słowiańska religijność, być może wielopostaciowa, lokalna, niejednorodna, mogła zostać przez obu nieświadomie i niezależnie od siebie wtłoczona w gotowy schemat. To właśnie historycy nazywają interpretatio christiana.

Mechanizm zniekształcenia, który nie wymaga kłamstwa

Interpretatio christiana jest subtelniejsza niż zwykłe fałszerstwo. Ani Prokop, ani Helmold nie musieli świadomie zmyślać. Wystarczyło, że obserwowali przez własną siatkę pojęciową. To, co złożone, politeistyczne i niejednorodne, zaczynało wyglądać jak uproszczona hierarchia z jednym bogiem na szczycie. Słowiański bóg błyskawicy zaczyna przypominać monoteistycznego Boga chrześcijan; dualizm dobrego i złego bóstwa staje się odbiciem chrześcijańskiego konfliktu między Bogiem a Diabłem.

Kronika ruska z XII wieku, której autor przytoczył opowieść o stworzeniu człowieka włożoną w usta pogańskich wołchwów, przynosi analogiczny dylemat. Wedle tej opowieści Bóg mył się w łaźni i spocił, otarł się wiechciem i wyrzucił go z niebios na ziemię, a szatan spierał się z nim o to, komu z tego wiechcia ulepić człowieka. Diabeł uformował ciało, Bóg tchnął w nie duszę. Strzelczyk stawia wprost pytanie, na które nie ma dobrej odpowiedzi: czy to ślad autentycznego wschodniosłowiańskiego mitu o stworzeniu, czy karykatura stworzona przez chrześcijańskiego mnicha, który pragnął wyszydzić pogańskie wierzenia swoich rodaków.

Problem polega na tym, że te pytania, czy to wierne świadectwo, czy zniekształcenie? czy kosmogoniczny mit, czy jego parodia? Są w nauce historycznej wciąż otwarte. I prawdopodobnie zostaną otwarte, bo brakuje materiału, który pozwoliłby je rozstrzygnąć.

Dlaczego wiemy więcej o Słowianach połabskich niż o Polakach?

To jedno z tych pytań, które rzadko padają wprost, a zasługują na odpowiedź. Niemal wszystko, co uchodzi za wiarygodną wiedzę o słowiańskim pogaństwie, pochodzi z dwóch odległych od siebie obszarów. Pierwszy to Ruś, pozostająca w orbicie wpływów Bizancjum, które dysponowało rozbudowaną kulturą piśmienniczą i miało powody, by rejestrować to, co dzieje się na słowiańskim wschodzie. Drugi to Słowiańszczyzna połabska i Pomorze Zachodnie, które stały się celem ekspansji politycznej i kościelnej ze strony Niemiec. Ekspansja ta trwała długo, była krwawa i, co dla historyków bezcenne, generowała teksty: żywoty świętych, kroniki misyjne, relacje z chrystianizacji.

Polska, Czechy i ludy Słowiańszczyzny południowej są, wedle sformułowania Strzelczyka, obszarami niemal pozbawionymi wiarygodnych źródeł. Odpowiedź na pytanie, dlaczego tak się stało, nie jest prosta. Polska i Czechy przyjęły chrześcijaństwo stosunkowo sprawnie, bez długotrwałego oporu, który sprzyjałby powstawaniu tekstów misyjnych dokumentujących nawracane wierzenia. Słowiańszczyzna południowa sąsiadowała bezpośrednio z Bizancjum, co wydawałoby się sprzyjać dokumentacji, a jednak obfitej literatury opisującej tamtejsze pogaństwo nie ma.

Ten sam wzorzec, im mniej wiarygodnych źródeł, tym więcej późniejszych rekonstrukcji, pojawia się również u innych ludów europejskich pozbawionych własnej tradycji piśmienniczej w dobie przyjmowania chrześcijaństwa. Słowianie są jednak przypadkiem szczególnym ze względu na skalę: mowa o największej grupie etnicznej kontynentu, której przedchrześcijańska religijność jest dokumentowana śladowo.

Późni kronikarze: świadkowie własnych czasów, nie dawnych bogów

Dla obszarów pozbawionych wiarygodnej dokumentacji dysponujemy relacjami, które Strzelczyk kwalifikuje jako późne i pozbawione solidnych podstaw historycznych. Kosmas z Pragi pisał o czeskich wierzeniach już w pełni chrześcijańskiej epoce. Jan Długosz opisywał polskie pogaństwo jeszcze później, w XV stuleciu, a więc kilkaset lat po chrystianizacji.

Te teksty mówią nam coś ważnego, tyle że nie o słowiańskich bogach, lecz o potrzebach własnej epoki. Panteon opisany przez Długosza przypomina bardziej zromanizowaną hierarchię niż cokolwiek, co mogło istnieć kilka wieków wcześniej. Kiedy XIX-wieczny romantyzm odkrył Słowian jako lud rzekomo pozbawiony mitologii, chętnie sięgnął po te przetworzone świadectwa i zbudował na nich wizję słowiańskiego pogaństwa, która odpowiadała ówczesnym potrzebom tożsamościowym, nie wymogom historycznym. Pusta przestrzeń po źródłach okazała się zaproszeniem do projekcji.

Co właściwie tracimy, nie mogąc zrekonstruować słowiańskich bogów?

Strzelczyk jest historykiem i swoją rolę definiuje przez pytania, nie odpowiedzi. Ale pytania, które stawia, prowadzą do wniosku o znaczeniu szerszym niż mediewistyka.

Warto jednak zakwestionować jeden banał, który pojawia się w dyskusjach o słowiańskim panteonie: że tożsamość bez mitu jest jakoś ułomna. Współcześni Grecy nie wierzą w Zeusa, a grecka tożsamość kulturowa wydaje się trwalsza niż niejeden mit. Grecy mają Homera, ale Homer jest literaturą, nie religią, i wszyscy o tym wiedzą. Problem ze słowiańskim pogaństwem polega na czymś innym: nie na tym, że nie możemy w nim uczestniczyć jak w żywej tradycji, lecz na tym, że nie możemy go rzetelnie opisać. Białe plamy w historii religii to białe plamy w rozumieniu tego, jak dane społeczności organizowały swój stosunek do świata, do śmierci, do władzy i do wspólnoty. To nie jest tylko strata dla historyków.

I być może właśnie dlatego temat słowiańskiego pogaństwa wciąż wywołuje tak silne emocje i tak chętnie jest wypełniany treściami, których historia dostarczyć nie może. Tam, gdzie kończy się źródło, zaczyna się mit, tyle że tym razem mit o samym braku mitu.

Źródło: Wikimedia Commons (CC BY-SA 4.0)


ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj