
„Zmora. Sekrety najnowszej historii Polski”. Rozmawiają Jarosław Kornaś i Stanisław Michalkiewicz.
J. K.: Czy był możliwy inny scenariusz drugiej wojny światowej dla Polski?
S. M.: Oczywiście. Ale muszę zacząć od Adama i Ewy. Porządek wersalski (1919 rok) dopuszczał możliwość istnienia naprawdę niepodległych państw w środkowej Europie, zakładał słabość Niemiec i Rosji. Rosja i Niemcy od razu podjęły współpracę, aby ten porządek obalić. Przeszły do porządku dziennego nad różnicami ustrojowymi. Zewnętrznym wyrazem ich współpracy był pakt z Rapallo z 16 kwietnia 1922 roku.
Określono i nawiązano różne formy współpracy wojskowej. Niemcy były w tym zakresie objęte restrykcjami. Rosjanie udostępniali Niemcom poligony, niemieccy oficerowie wykładali na wojskowych uczelniach ZSRR. Marszałek Tuchaczewski wykładał w Niemczech. Współpraca istniała. Plan napaści na Polskę się skonkretyzował, powstał tak zwany harmonogram godzinowy. 23 sierpnia 1939 roku minister Ribbentrop przyjechał do Moskwy i tam został podpisany pakt, który dzielił Europę na strefę wpływów niemieckich i sowieckich. Ten harmonogram godzinowy do planu Fall Weiss został opracowany właśnie po tym, jak Wielka Brytania „obiecała” Polsce pomoc.
J. K.: Czyli pocałunek śmierci?
S. M.: Tak, pocałunek śmierci. Podejrzewam, że Wielka Brytania specjalnie to zrobiła, żeby stworzyć Hitlerowi pretekst. Pan pytał o alternatywę… Niemcy wysuwali wobec Polski w 1938 i 1939 roku takie dość umiarkowane żądania. Dotyczyło to Gdańska i „korytarza” do Prus Wschodnich. Nawet szli na takie „ustępstwa”, że miała być autostrada przez ten korytarz, żeby połączyć drogą lądową Rzeszę z Prusami Wschodnimi, które były częścią Rzeszy. Polska się na to nie zgodziła. Zgoda oznaczałaby, że Polska normalizuje stosunki z Niemcami, to znaczy przyjmuje ich warunki.
J. K.: To by oznaczało, że pójdzie drogą Czechosłowacji.
S. M.: Nie. Czechosłowacja została po prostu zajęta.
J. K.: Ale najpierw zajęto tereny przygraniczne. Tam większość miała mniejszość niemiecka, a potem…
S. M.: Potem reszta na podstawie porozumienia z Monachium. Polska zresztą też tam się przyłączyła. Zajęła Zaolzie, część Czechosłowacji.
J. K.: To było odtrąbione, jako wielki triumf, że to „nasze” Zaolzie zajmujemy.
S. M.: To był wyraz tromtadracji.
J. K.: Wizerunkowo to nie wyszło najlepiej dla Polski…
S. M.: Nie wyszło i odbija się czkawką do dziś. Ale nie uprzedzajmy faktów. Wróćmy do Węgier. Tam była zupełnie inna sytuacja niż w Czechosłowacji. Tam był Protektorat Czech i Moraw, a na Węgrzech był normalny rząd aż do 1944 roku, kiedy to strzałokrzyżowcy zbuntowali się, zrobili pucz przeciwko admirałowi Horthyemu.
J. K.: Tu się nieco włączę. Tak Czechosłowacja, jak i Polska miały mniejszość niemiecką, graniczyły z Niemcami. A Węgry? Nie miały styczności, nie był żadnych roszczeń terytorialnych.
S. M.: Miały styczność. Po zajęciu Czechosłowacji już miały. Jak najbardziej.
J. K.: Ale dopiero wtedy…
S. M.: W Polsce była mniejszość niemiecka.
J. K.: Ale nie było tak, że Poznańskie jest nasze, Pomorze, Śląsk… A co do Węgier to…
S. M.: Z pewnością Niemcy tak uważały i do dziś tak uważają. Była niedawno ankieta przeprowadzona w różnych państwach. Pytano obywateli, czy ich zdaniem jakieś części ich państwa leżą poza jego granicami. Na Węgrzech wielu respondentów powiedziało, że tak, a w Niemczech trzydzieści procent. Za Hitlera ten odsetek byłby znacznie większy. W ogóle Niemcy uważały, że zostały skrzywdzone w traktacie wersalskim. Najbardziej przez Polskę. Więc na pewno jakieś jeszcze żądania terytorialne, po Gdańsku i korytarzu, by się pojawiły, ale… trzeba sobie postawić pytanie.
Mój znajomy francuski dziennikarz mawiał: „Jeżeli się porównuje alternatywy, to trzeba porównywać istniejącą z istniejącą”. Bo my sobie możemy wyobrazić wszystko. A to, co sobie wyobrazimy, zawsze będzie piękniejsze, od tego, co jest. Rzeczywiście, pojawiłyby się żądania kolejne, ale zapytajmy, czy lepiej oddać część państwa, czy całe państwo? Taka była alternatywa. Zwłaszcza po pakcie Ribbentrop–Mołotow i po porozumieniu w Rapallo. Trudno już było mieć złudzenia. Albo oddamy Niemcom część, albo całe państwo. Albo terytorium, które przypadnie Niemcom w efekcie paktu Ribbentrop–Mołotow. Więc pytanie: załóżmy, że Polska dała się zaprząc do niemieckiego rydwanu i dalej, że Niemcy ponieśli klęskę. Jeśli przegrywają wojnę, to gorzej by nie było niż na przykład na Węgrzech po 1945 roku. Na Węgrzech i w Polsce Stalin wprowadził komunę. Masakrował Węgrów. U nas był Bolesław Bierut, u nich Rakoczy. Gorzej by nie było, bo gorzej już być nie mogło.
J. K.: Czy nasi przywódcy przed wojną uwierzyli w swoją propagandę?
S. M.: Myślę, że nie. Nawet nie wiem, czy literatura historyczna uwzględnia, co sobie myślał minister Beck czy prezydent Mościcki albo Edward Rydz-Śmigły. Czytałem świadectwa, wedle których Śmigły-Rydz nie miał złudzeń co do polskich możliwości wojskowych. Ale minister Beck postawił na Wielką Brytanię, o czym Wielka Brytania doskonale wiedziała i w 1945 roku w Jałcie zrobiła to, co chciała zrobić w 1939. Jeszcze raz podkreślę: jeśli już trzeba się sprzedać, to lepiej się sprzedać samemu, niż dawać komuś na to koncesję.
Marszałek Philippe Pétain w 1940 roku, kiedy poddał Francję, powiedział, dlaczego to zrobił. Żeby uchronić Francję przed „polonizacją”. Rozumiał to jako sytuację, w której naród francuski byłby wydany na pastwę wroga, bez możliwości obrony. Tak, jak została wydana Polska. Prezydent Mościcki wykorzystał swój szwajcarski paszport, minister Beck uciekł za granicę, Edward Śmigły-Rydz został internowany w Rumunii i tam pozbawiony możliwości działania. Armię rozgromiono. Naród wydano na pastwę, nawet nie jednego wroga, ale dwóch okrutnych wrogów. Wrogów, którzy mieli swoje plany co do narodu polskiego – żeby go przetrzebić.
J. K.: Przejdźmy do drugiego zagadnienia. Dwa Katynie. Nasi okupanci przystąpili do masowej eksterminacji polskiej inteligencji. Katyń sowiecki i (w 1939 roku) Katyń niemiecki. We wrześniu, październiku, listopadzie, Niemcy wymordowali około sześćdziesiąt tysięcy polskiej inteligencji na Kresach Zachodnich, czyli Śląsku, Pomorzu i w Poznańskim. O tym się nie pamięta, ale dochodziło do sytuacji dantejskich, bo tych mordów nie dokonywał Wermacht. To cywile niemieccy zorganizowani w paramilitarne oddziały wchodzili do wsi, miasteczek, mieli już przygotowane listy przeznaczonych do likwidacji lub uwięzienia.
S. M.: To uderzało w warstwy przywódcze, w inteligencję, w ziemiaństwo, duchowieństwo, w byłych powstańców wielkopolskich, śląskich.
J. K.: Jest taki ponury żart. Dlaczego w poznańskim nie było partyzantki? Odpowiedź brzmi – bo nie było wolno.
S. M.: Albo dlatego, że Niemcy zabronili.
J. K.: Z drugiej strony Poznańskie nie było w GG. Tam zorganizować jakieś oddziały było trudno. Istniały, ale bardzo małe.
S. M.: Nie było kim. Z Wielkopolski znaczna część mieszkańców została przesiedlona właśnie do Generalnej Guberni. Arthur Greiser, który był Namiestnikiem Rzeszy w Kraju Warty bardzo poważnie traktował to dzieło zniemczenia Wielkopolski i robił to takimi metodami, jakie ówcześnie Niemcy przyjęli. Znów odwołam się tu do sytuacji węgierskiej. Polska z pewnością utraciłaby część terytoriów. Jednak chyba nie całe. A przede wszystkim na tych terenach, które nie byłyby wcielone do Rzeszy, musiałyby być jakieś polskie władze i nie panoszyłoby się gestapo. Nie doszłoby do takiej masakry, jaka się rozpoczęła od razu w 1939 roku.
J. K.: Trzeba wspomnieć, jak było traktowane państwo Vichy. Jak są traktowani ci, co je stworzyli. Jako zdrajcy, kolaboranci. To byłoby piętno zdrajców.
S. M.: Uznawane za zdrajców, ale przez koalicję antyhitlerowską. Społeczeństwo francuskie wcale tak nie myślało. Francuzi uważali, że skoro armia została pokonana, to cywilami się tej wojny nie wygra. Nie wszyscy potępiali marszałka Pétain. Byli w tym rządzie tacy, którym można przypisać zdradę. Marszałkowi Pétain akurat nie. Ale pozostali byli oportunistami.
J. K.: Pétain był po wojnie sądzony i wypowiedział takie słowa: „Wszyscy żyjecie dzięki mnie”.
S. M.: Tak, i oni nie zaprzeczyli, bo to była prawda. Marszałek Pétain stworzył, dzięki reżymowi Vichy, pewne mechanizmy ochronne. Przecież nie cała Francja była okupowana. Może, z punktu widzenia Anglików, to była zdrada, ale marszałek Pétain nie robił tego dla Anglików. Tylko dla swojego narodu. Jeszcze raz przykład węgierski. Na Węgrzech był rząd węgierski (do 1944 roku) i Niemcy zachowywali się wobec Węgrów powściągliwie. Jak wobec sojuszników. Wprawdzie armia węgierska musiała brać udział w operacji nad Donem, wykrwawiła się. Ale gestapo nie szalało na ulicach węgierskich. Nie było takiej masakry jak w Polsce, nawet węgierskim Żydom (do 1944 roku) nic się nie stało. To chyba argument, że ta alternatywa nie była pozbawiona sensu.
J. K.: Jest anegdota, jak to Węgry, podczas II wojny światowej, wypowiedziały wojnę Stanom Zjednoczonym. Dowiedział się o tym prezydent USA. Asystent prezydenta mówi: „Królestwo Węgier wypowiedziało nam wojnę”. Na to prezydent: „Czy my graniczymy z Węgrami?”. Asystent: „Nie”. Prezydent: „Jeśli to królestwo, to kto tam jest królem?”. Asystent: „Oni nie mają króla, tylko regenta, admirała Horthy”. Prezydent: „Do jakiego morza mają dostęp?”. Asystent: „Nie mają dostępu do morza”. Prezydent Roosevelt na to: „Nie rozumiem tych Węgrów”.
S. M.: Warto przypomnieć sytuację z lipca 1939 roku. Węgierski premier wysłał jednego dnia dwa listy do Hitlera. Szczególnie ten drugi zasługuje na uwagę. Składał się z jednego zdania. Premier pisał, że: „Węgry, ze względów moralnych, nie mogą wziąć udziału w żadnej wrogiej operacji wobec Polski”.
Dlatego też Węgry udzieliły wielkiej pomocy uchodźcom z Polski, wśród których było wielu wojskowych. Ojciec premiera Józsefa Antalla bardzo ułatwił polskim wojskowym przedostanie się do Francji, bo ich pobyt na Węgrzech był sytuacją przejściową.
J. K.: Efektem takiego działania polskich władz było „ucięcie głowy”, ogromne represje wobec polskich elit. Wywózki na wschód.
S. M.: Aresztowania rozpoczęły się natychmiast. Trwały do wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej. Niemieckie uderzenie odepchnęło armię sowiecką na wschód i wywózki stały się niemożliwe. Ale wtedy NKWD mordowało więźniów.
W książce Józefa Mackiewicza jest taka scena: policjant ocalały z masakry przeprowadzonej przez wycofujące się przed Niemcami NKWD, rozmawia z narratorem pod Ostrą Bramą w Wilnie i powiada: nikomu już nie będę służył. Ot, przyjdę tutaj, pomodlę się, potem coś zjem – dlaczegoś najbardziej kiszonej kapusty chce się.
To było wielkie przeżycie dla ludności Kresów. Tym bardziej, że Niemcy na zajętych terenach oczywiście wprowadzali swoje porządki, ale nie wywracali całej struktury społecznej. A Sowieci tak! Od razu zmieniali całą organizację, przede wszystkim na polu gospodarczym i pozbawiali ludzi środków do życia.
J. K.: W instytucjach Generalnej Guberni Polacy pozostawali na swoich stanowiskach. Niemcy musieli mieć kogoś do zarządzania. Nie było podejścia ideologicznego.
S. M.: Nawet sędziowie zostawali na swoich stanowiskach. Z wyjątkiem sądów wojskowych. W cywilnych pracowali nadal polscy sędziowie.
J. K.: Jakie były realia polityczne? Na części terytorium Polski stworzono Generalne Gubernatorstwo. Na uchodźstwie tworzy się nowy rząd na emigracji.
S. M.: Prezydent, Rydz-Śmigły i premier Sławoj Składkowski byli internowani w Rumunii i rząd, w związku z tym, stracił możliwość jakiegokolwiek działania. Tę sytuację wykorzystali polityczni przeciwnicy sanacji. Generał Władysław Sikorski i inni, żeby przeprowadzić zmianę władzy. Zgodnie z konstytucją kwietniową prezydent na czas wojny mógł wyznaczyć zastępcę. Wyznaczył Wieniawę Długoszewskiego.
J. K.: Francuzi się nie zgodzili!
S. M.: To była zdrada! Ostentacyjna! Rząd francuski ogłosił, że nie jest w stanie uznać żadnego rządu utworzonego przez Wieniawę. Wtedy to prezydent Mościcki, jednym aktem, wyznaczał na swojego zastępcę Wieniawę, a drugi akt… podpisał in blanco. I pierwszym prezydentem Polski na uchodźstwie został Władysław Raczkiewicz, a premierem Władysław Sikorski. Przeciwnicy tego rozwiązania mówili, że prezydent ma prawo wyznaczyć zastępcę, ale tylko jednego! A nie dwóch! Nie mógł odwołać swojego aktu. Więc jak już wyznaczył swojego zastępcę – przestawał być prezydentem.
J. K.: Mówiono o zamachu stanu.
S. M.: Już drukowano „Dziennik Urzędowy” („Monitor”) w takiej małej drukarni w Paryżu z nazwiskiem Wieniawy. Właścicielem drukarni był Polak. Policja francuska otoczyła drukarnię i skonfiskowała nakład. Wedle konstrukcji kwietniowej prezydent miał znacznie większe uprawnienia niż premier.
Na skutek tego zbiegu wydarzeń została zawarta dżentelmeńska umowa pomiędzy Sikorskim a Raczkiewiczem. Chodziło o to, że prezydent wszystkie swoje decyzje będzie uzgadniał z premierem. To była de facto zmiana konstytucji. Potem już wszyscy przeszli nad tym do porządku dziennego, zwłaszcza po klęsce Francji.
J. K.: Francuzi nie do końca traktowali Polskę w porządku podczas wojny Francji z Niemcami. Byli źli, że Polacy się tak długo biją. Profesor Wieczorkiewicz pisał: „Armia polska we Francji została roztrwoniona. Zamiast się ewakuować, jak Anglicy w Dunkierce, to Polacy walczyli najdłużej”.
S. M.: No tak, ale nie mieli innego wyjścia. W Dunkierce nie było polskich oddziałów. Znajdowali się na innych odcinkach i nie mieli wyboru. Nie chcieli się poddać Niemcom. Często zdarzały się takie sytuacje, że polscy żołnierze zbliżali się do jakiegoś miasteczka i potrzebowali paliwa do samochodów i czołgów. Zaczynali się okopywać. Wtedy mieszkańcy spod ziemi organizowali paliwo, byle tylko Polacy odjechali. Takie były sytuacje. Armia francuska nie bardzo chciała walczyć. Zresztą i wcześniej panowały takie nastroje. Miało to dwie przyczyny. Pierwsza to straty francuskie w pierwszej wojnie. Widziałem to na własne oczy, w każdej zapadłej wsi jest pomnik poległych żołnierzy francuskich w I wojnie światowej. Francuskie zwycięstwo w pierwszej wojnie „tonęło we łzach”. Społeczeństwo było nieżyczliwie usposobione i krążyło przecież hasło: „Nie będziemy umierać za Gdańsk”. Druga przyczyna to propaganda komunistyczna.
J. K.: Trudno to zrozumieć. Mają Linię Maginota. Wojska lepsze niż niemieckie. Szczególnie wojska pancerne. Mają więcej czołgów. Przychodzi do wojny i w okresie dwóch tygodni tak wielkie mocarstwo składa broń.
S. M.: Linia Maginota była, ale tylko do granicy z Belgią.
J. K.: Przez mały przesmyk, przez las…
S. M.: Niemcy obeszli Linię Maginota. Po prostu obeszli, zajęli Belgię, Holandię i uderzyli stamtąd.
J. K.: Przeszli przez Las Ardeński…
S. M.: Ten manewr zadecydował o ich sukcesie. Ponadto – Francuzi mieli więcej czołgów, ale one nie tworzyły wyspecjalizowanych jednostek pancernych jak niemieckie. Sukcesy kampanii niemieckiej wzięły się z tego, że dywizje pancerne zagonami wrzynały się w linie obrony i okrążały nawet duże siły, które się poddawały.
J. K.: Ta strategia działała do 1942 roku, jeszcze na froncie wschodnim, a potem to samo stosowali Sowieci.
S. M.: Nauczyli się od Niemców.
J. K.: Polacy – też popełnili ten błąd. Każda dywizja dysponowała małą jednostką czołgów, często tankietek. Było kilka batalionów czołgów 7TP, nawet lepszych od niemieckich. Tylko, że mieliśmy ich po pierwsze mało, a w dodatku były rozproszone.
S. M.: Hitler zbudował machinę wojenną, której się wtedy w Europie wszyscy obawiali, zresztą słusznie. Polska miała około miliona żołnierzy, ale pod względem technologicznym to było wojsko anachroniczne. Pułkownik Marian Porwit, krytyk Piłsudskiego twierdzi, że marszałek cały czas rozumował kategoriami wojny polsko-bolszewickiej. Wtedy, faktycznie, kawaleria była główną siłą manewrową. Jednak w 1939 roku sytuacja wyglądała całkiem inaczej. Było lotnictwo, a polska obrona została sparaliżowana nawet nie na skutek ataku czołgów. Czołgi pojawiły się później. Polska obrona została przełamana w wyniku bardzo głębokiej penetracji lotnictwa. Lotnictwo właściwie doprowadziło do obezwładnienia infrastruktury polskiej.
Fragment książki „Zmora. Sekrety najnowszej historii Polski” Jarosława Kornasia i Stanisława Michalkiewicza.
Książkę można kupić TUTAJ.








