Tusk gra na emocjach. Jak pod pretekstem walki z przemocą rząd forsuje administracyjny kaganiec na wolność słowa

5
452
Prezes Rady Ministrów Donald Tusk
Źródło: Wikimedia Commons (CC BY 3.0 pl)

W historii europejskiej myśli prawnej i politycznej niewiele jest zjawisk tak niebezpiecznych dla wolności obywatelskich, jak prawodawstwo tworzone w stanie zbiorowego wstrząsu. Od fundamentalnej rzymskiej paremii Celsusa ius est ars boni et aequi (prawo jest sztuką tego, co dobre i słuszne) po klasyczną koncepcję rządów prawa (rule of law), cywilizacja Zachodu opierała się na przekonaniu, że tworzenie norm prawnych wymaga chłodnego namysłu, powściągliwości aparatu władzy oraz ścisłego poszanowania procedur. Gdy jednak państwo wkracza w rolę prawodawcy pod wpływem wzburzenia i medialnej wrzawy, chłodny racjonalizm natychmiast ustępuje miejsca pokusie paternalizmu, a stamtąd droga do autorytaryzmu staje się niepokojąco krótka.

Tragiczne wydarzenia z ostatnich dni roku dostarczyły podręcznikowego przykładu tego mechanizmu. Seria dramatycznych incydentów w placówkach oświatowych na Mazowszu – tragiczny w skutkach atak 15-latka w szkole podstawowej w Leszczydole-Nowinach koło Wyszkowa, w którym od ciosów nożem zginęła 37-letnia pracownica szkoły, raniący dziewięć osób napastnik z Ostrołęki czy udaremniony zamach w Sierpcu – wstrząsnęła opinią publiczną, co szeroko relacjonowały media, jak w programach specjalnych Kanał Zero, czy portal Wiadomości WP.

Czytaj więcej: Tragedia goni tragedię. Nożownicy atakują!

Zamiast jednak rzetelnej, chłodnej diagnozy kryzysu opiekuńczo-wychowawczego, zapaści w instytucjach wsparcia psychologicznego czy weryfikacji procedur policyjnych, obóz rządzący z premierem Donaldem Tuskiem na czele natychmiast przekierował wektor uwagi na przestrzeń cyfrową i kwestię implementacji unijnego Aktu o usługach cyfrowych (DSA). Tragedia jednostek posłużyła jako polityczny lewar do przeforsowania rozwiązań, które pod hasłem walki ze złem w sieci uderzają w same fundamenty wolności słowa i podważają trójpodział władzy.

Czytaj więcej: Fala ataków w szkołach. Tusk zwołał pilną naradę z ministrami i policją

Retoryka KPRM: Moralny szantaż i fałszywa alternatywa

Wystąpienie premiera Donalda Tuska podczas transmitowanej na żywo narady z ministrami i szefostwem służb ukazało w pełnej krasie mechanizm rządowej perswazji. Szef rządu, wyrażając współczucie rodzinie zmarłej i doceniając odwagę personelu placówki, w tym samym wystąpieniu przeszedł do frontalnego ataku na krytyków rządowych projektów regulacji internetu.

Premier skonstruował skrajnie jednostronną alternatywę: albo bezwarunkowe oddanie administracji rządowej prawa do natychmiastowej, pozasądowej cenzury w sieci, albo rzekoma bezradność państwa wobec zbrodni i terroru. Wskazując na fakt, że sprawca ataku pod Wyszkowem miał kask z kamerą, szef rządu oświadczył:

„Gdyby dzisiaj ten młodociany nożownik transmitował zbrodnię w internecie, to nie moglibyśmy tej treści zablokować, ponieważ nie dostaliśmy tego narzędzia prawnego do ręki, ponieważ w imię źle pojętej wolności słowa w internecie […] mamy od Ameryki przez Europę do Polski zwolenników tego, aby każda forma przemocy nie była w żaden sposób ograniczana ani przez państwo redukowana”.

Tego rodzaju argumentacja stanowi jaskrawy przejaw obłudy. Sugestia, że bez specyficznych, administracyjnych mechanizmów z nowelizacji ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną państwo polskie jest bezsilne wobec transmitowania zbrodni czy podżegania do morderstwa, jest prawną mistyfikacją. Obowiązujący Kodeks karny w przepisach dotyczących gróźb karalnych, podżegania, zamachów na życie, pomocnictwa do samobójstwa czy obrotu pornografią dziecięcą daje organom ścigania szerokie instrumenty operacyjne. Z kolei dostawcy platform technologicznych na całym świecie usuwają materiały stanowiące bezpośredni zapis przemocy fizycznej na mocy procedur notice and takedown oraz własnych regulaminów bezpieczeństwa.

Szczytem rządowego woluntaryzmu okazały się jednak słowa Donalda Tuska skierowane do wicepremiera i ministra cyfryzacji Krzysztofa Gawkowskiego. Premier odniósł się do wcześniejszych prób poszukiwania kompromisu z Pałacem Prezydenckim, z których wynikało wykreślenie z projektu ustawy najbardziej arbitralnych zapisów o blokowaniu tzw. „mowy nienawiści” bez wyroku sądu. Premier nie krył intencji powrotu do tych represyjnych mechanizmów:

„Obawiam się, panie premierze, że w Senacie będziemy musieli wrócić do przywrócenia tych zapisów i mam nadzieję, że dzisiejsze zdarzenia już nikomu… że nikomu już nie przyjdzie do głowy, żeby powiedzieć, że tak zwana wolność do przemocy, przekleństwa, pogardy, wymuszania, wykorzystywania młodocianych to nie jest obszar, gdzie możemy mówić o wolności słowa. Tam państwo musi wkroczyć zdecydowanie i do tego musimy mieć te narzędzia”.

Kropkę nad „i” szef rządu postawił kilka minut później, wypowiadając słowa, które w ustach polityka mieniącego się obrońcą standardów demokratycznych brzmią wręcz szokująco:

„Dzisiaj idzie bój o to, żeby jak najszybciej wprowadzić przepisy, które niektórzy będą je nazywali cenzurą. Nie dbam o to. Państwo musi mieć zdolność zatrzymywania tego typu akcji i działań”.

Eskalacja w sieci: „Bałamutne hasło wolności słowa” w nagraniu na X

Narada w KPRM nie była jedynie jednorazowym wybuchem emocji w obliczu tragedii, próbą zdjęcia odpowiedzialności z rządu i przerzucenia jej na politycznych przeciwników. Premier poszedł znacznie dalej. Kilka godzin później opublikował w mediach społecznościowych – na platformie X – bezpośrednie wystąpienie wideo, które nadało tej narracji cechy zorganizowanej ofensywy polityczno-ideologicznej. W nagraniu premier porzucił wszelkie niuanse prawne, uderzając bezpośrednio w konstytucyjne weto prezydenta Karola Nawrockiego. Donald Tusk oświadczył:

„Ja jestem bardzo poruszony, bo kilka miesięcy temu przygotowaliśmy taką ustawę, dzięki której moglibyśmy jako państwo blokować natychmiast, kiedy pojawia się jakieś zagrożenie, takie treści w internecie, których szkodliwość (…) nie podlega wątpliwości. Ja do dzisiaj nie wiem, dlaczego prezydent zawetował także tę ustawę i to w dodatku posługując się bałamutnie hasłem, wiecie, wolności słowa, swobody w internecie”.

Dalej padły słowa będące esencją moralnego szantażu i zrównania wolności z patologią:

„Znaczy to, że każde świństwo, każda przemoc, każda obrzydliwość mogą w internecie być bezkarne i swobodnie mogą być promowane, bo państwo nie powinno się wtrącać? […] Zło wydaje się w sieci bezkarne i dlatego tak często triumfuje. Przemoc wydaje się atrakcyjna i dlatego ta przemoc przenosi się z cyberprzestrzeni, z wirtualnej nierzeczywistości powoli na ulice, do szkół, do domów. Państwo musi mieć narzędzia”.

Premier w tym samym nagraniu wykorzystał szkolne tragedie również do tego, by zaatakować konserwatywne postulaty głowy państwa dotyczące debaty o dostępie obywateli do broni palnej: „Wyobraźcie sobie, że oni wszyscy mieliby broń… Ja bym bardzo się tego bał, znaczy, bałbym się w imieniu was wszystkich. Będę się starał chronić nas wszystkich przed tego typu pomysłami”.

Nazwanie konstytucyjnej wolności słowa „bałamutnym hasłem” przez urzędującego premiera to moment symboliczny. W tradycji republikańskiej i konserwatywnej wolność wypowiedzi nie jest „hasłem”, którym można żonglować w zależności od doraźnych sondaży, lecz nienaruszalnym filarem wolnego społeczeństwa. Twierdzenie, że sprzeciw wobec administracyjnej cenzury oznacza chęć „promowania każdego świństwa i obrzydliwości”, to klasyczny zabieg erystyczny typu reductio ad absurdum. Władza wmawia obywatelom, że jedyną barierą chroniącą ich dzieci przed nożownikami jest urzędnik z prawem do arbitralnego usuwania treści z sieci.

Na ten agresywny ton natychmiast zareagowało otoczenie prezydenta. Rzecznik głowy państwa Rafał Leśkiewicz wskazał, że premier w skrajnie cyniczny sposób wykorzystuje ludzką tragedię do zbijania politycznego kapitału i zasłaniania bezradności własnych resortów. Z kolei szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Bartosz Grodecki przypomniał o elementarnej odpowiedzialności rządu za bezpieczeństwo oraz o tym, że prezydent podpisał ustawę wyznaczającą organy wykonawcze DSA, odrzucając jedynie pozasądową cenzurę.

Dlaczego Prezydent zawetował ustawę? Rzeczywisty spór o DSA

Aby dostrzec pełnię obłudy rządowej narracji, trzeba przypomnieć, dlaczego ustawa wdrażająca Akt o usługach cyfrowych została na początku 2026 roku zawetowana. W oficjalnym komunikacie Kancelarii Prezydenta RP prezydent Karol Nawrocki precyzyjnie wyjaśnił motywy swojej decyzji. Wbrew tezom premiera z wideo na X, spór nie dotyczył tego, czy zwalczać pedofilię, handel ludźmi czy agresję. Prezydent podkreślił, że cyfrowe zagrożenia wymagają nowoczesnych i skutecznych rozwiązań. Sprzeciw wywołała jednak metoda legislacyjna koalicji rządzącej, która pod szczytnymi hasłami przemyciła mechanizm administracyjnego nadzoru nad słowem:

„Po raz kolejny do dobrych rozwiązań doklejono przepisy, które są nie do obrony i po prostu szkodzą. […] Poważne wątpliwości konstytucyjne zgłosiły również autorytety i instytucje, w tym Sąd Najwyższy. Jako Prezydent nie mogę podpisać ustawy, która w praktyce oznacza administracyjną cenzurę. Tym bardziej, że ukryto w niej możliwość finansowania tzw. [zaufanych podmiotów]. […] Wolność słowa musi być chroniona przez sądy – szybko, skutecznie i niezależnie. Budujmy państwo wolności, nie państwo cenzury!” – pisał prezydent Karol Nawrocki.

Istota problemu polegała na wyjęciu kontroli nad słowem spod kognicji niezawisłych sądów powszechnych. Rządowy projekt zakładał, że nakazy blokowania stron, wpisów czy profili w mediach społecznościowych będzie wydawał jednoosobowo urzędnik – prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej (UKE) lub Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji – działający w trybie administracyjnym. Obywatel dowiadywałby się o usunięciu swojej wypowiedzi po fakcie, a skomplikowana ścieżka odwoławcza przed sądami administracyjnymi trwałaby miesiącami.

Dodatkowo ustawa tworzyła furtkę finansowania dla tzw. „zaufanych podmiotów sygnalizujących” (trusted flaggers). Istniało uzasadnione ryzyko, że publiczne środki popłyną do skrajnie zaangażowanych ideologicznie organizacji pozarządowych, które zyskałyby status quasi-cenzorów zgłaszających treści do natychmiastowego usunięcia. Prezydent słusznie uznał, że taki mechanizm stanowi faktyczną reaktywację urzędu przy ulicy Mysiej w Warszawie.

Kauczukowa „mowa nienawiści” – autostrada do politycznych represji

Najbardziej niebezpiecznym punktem rządowych planów, do którego premier Tusk zapowiedział bezwzględny powrót, jest kategoria tzw. „mowy nienawiści” i „pogardy”. Z perspektywy wolnościowej i konserwatywnej pojęcia te stanowią śmiertelne zagrożenie dla debaty publicznej.

Pojęcie „mowy nienawiści” nie posiada w nauce prawa obiektywnej, ostrej definicji. Jest terminem publicystyczno-politycznym, cechującym się skrajną rozciągliwością. W klasycznym prawie karnym obowiązuje fundamentalna zasada nullum crimen sine lege certa – norma prawna musi być określona w sposób precyzyjny i jednoznaczny, tak aby obywatel w momencie podejmowania działania miał pewność, czy łamie prawo. Tymczasem granice „mowy nienawiści” zależą wyłącznie od subiektywnej wrażliwości odbiorcy oraz ideologicznego profilu urzędnika decydującego o blokadzie.

Oddanie aparatowi państwowemu prawa do pozasądowego usuwania treści uznanych za „mowę nienawiści” rodzi bezpośrednie konsekwencje:

  1. Marginalizacja chrześcijańskiego i konserwatywnego systemu wartości: Przepisy te z łatwością mogą zostać użyte przeciwko tradycyjnemu nauczaniu Kościoła, obronie życia nienarodzonych, krytyce ideologii gender czy sprzeciwowi wobec instytucjonalizacji związków jednopłciowych. Każda z tych postaw w dyskursie lewicowo-liberalnym bywa określana mianem „nienawiści” i „wykluczenia”.
  2. Kneblowanie krytyki politycznej: W warunkach ostrej walki partyjnej twarde rozliczanie władzy, zarzuty o zdradę interesów narodowych czy krytyka polityki migracyjnej mogą zostać uznane przez rządowych regulatorów za „podżeganie do pogardy”.
  3. Efekt mrożący (chilling effect): Obywatele, publicyści i niezależne media w obawie przed prewencyjnymi blokadami zaczną stosować autocenzurę. Platformy cyfrowe, zagrożone gigantycznymi karami finansowymi wynikającymi z unijnego DSA, będą wolały prewencyjnie zablokować tysiące legalnych opinii konserwatywnych, niż ryzykować konflikt z państwowym urzędnikiem.

Jak pisał Alexis de Tocqueville, współczesny despotyzm nie potrzebuje tyrana w mundurze. Wystarczy opiekuńcza, wszechwładna biurokracja, która pod pozorem dbania o dobrobyt i bezpieczeństwo obywateli zdejmuje z nich ciężar wolności i zamyka usta każdemu, kto zakłóca spokój władzy.

Zderzenie z fundamentami: Prawo Rzymskie i Prawo Naturalne

Działania rządu Tuska stoją w jaskrawej sprzeczności z dwoma filarami, na których opiera się cywilizacja europejska: prawem rzymskim i klasycznym prawem naturalnym.

Po pierwsze, fundamentem rzymskiej procedury sądowej jest zasada Nemo iudex in causa sua – nikt nie może być sędzią we własnej sprawie. Spór o legalność wypowiedzi politycznej czy światopoglądowej toczy się najczęściej między obywatelem a aparatem państwowym lub dominującą narracją medialną. Urzędnik podległy premierowi jest bezpośrednio zainteresowany eliminowaniem głosów krytycznych wobec rządu. Odbieranie prawa rozstrzygania tej materii niezawisłemu sędziemu i oddawanie jej urzędnikom UKE czy ministrom jest jaskrawym złamaniem tej zasady.

Po drugie, rzymska norma Ubi ius incertum, ibi ius nullum (gdzie prawo jest niepewne, tam nie ma prawa) zostaje pogwałcona przez wprowadzanie płynnych pojęć emocjonalnych w miejsce twardych znamion czynu zabronionego. Prawo ma być tarczą chroniącą obywatela przed samowolą władzy, a nie siecią, w którą urzędnik chwyta niewygodne poglądy.

Po trzecie, z perspektywy klasycznego prawa naturalnego (ius naturale), wolność głoszenia prawdy, wolność sumienia i nieskrępowana ekspresja myśli są uprawnieniami przyrodzonymi, wynikającymi z samej godności człowieka. Są prawami przedpaństwowymi, których żadna władza, żaden parlament ani żadna unijna dyrektywa nie nadaje – i których nie może samowolnie odebrać. Państwo ma obowiązek ścigać realne zbrodnie, ale nie może uzurpować sobie roli arbitra ludzkich myśli. Sprowadzanie wolności słowa do „bałamutnego hasła” to triumf skrajnego pozytywizmu prawniczego, w którym jedynym źródłem prawa staje się wola rządzących.

Pospiech w Sejmie: Anatomia ustawodawstwa w afekcie

Mimo fundamentalnych wątpliwości konstytucyjnych, machina polityczna ruszyła z zawrotną prędkością. Jak donosi portal Zero.pl, zaledwie kilkanaście godzin po tragedii w szkole pod Wyszkowem Sejm pospiesznie uchwalił nowelizację ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną, przyjmując ją głosami 242 posłów koalicji rządzącej i natychmiast kierując dokument do prac w Senacie.

To klasyczny przejaw tworzenia prawa na fali tzw. moralnej paniki. Gdy społeczeństwem wstrząsa tragedia, od polityków wymaga się natychmiastowych działań. Zamiast mozolnej, często wielomiesięcznej pracy nad naprawą psychiatrii dziecięcej, wsparciem wychowawczym w szkołach i uszczelnieniem procedur policyjnych, rządzący wybierają drogę na skróty: pokazowe głosowanie, wyjęcie z szuflady projektów cenzorskich i ogłoszenie „zwycięstwa nad hejtem”.

Stanowienie prawa pod dyktando jednostkowych, skrajnych patologii prowadzi nieuchronnie do absurdalnych przerysowań. Jeśli w reakcji na zbrodnię nastolatka wyposażonego w nóż i kamerkę państwo odbiera wolność komunikowania się milionom dorosłych, odpowiedzialnych obywateli, oznacza to, że aparat państwowy stracił poczucie proporcji.

Historia uczy, że narzędzia opresji stworzone dziś przez jedną ekipę rządzącą jutro trafią w ręce jej politycznych rywali. Władza, która dziś daje sobie prawo do kneblowania „mowy nienawiści”, sama może w przyszłości paść ofiarą własnego kagańca, gdy definicję „nienawiści” napiszą jej przeciwnicy.

Nie grajmy kartą tragedii

Tragiczna śmierć pracownicy szkoły w Leszczydole-Nowinach i rany zadane uczniom w Ostrołęce wymagają głębokiej empatii, wsparcia dla poszkodowanych oraz twardego egzekwowania prawa wobec sprawców. Wymagają również powrotu do fundamentalnych wartości: odbudowy autorytetu rodziny, pedagogów i odpowiedzialności dorosłych za młode pokolenie.

Nie mogą jednak stanowić alibi dla budowy cyfrowego państwa policyjnego. Próba wykorzystania szoku społecznego do przeforsowania drakońskich ograniczeń wolności słowa, forsowanie pozasądowej cenzury oraz lekceważące określanie konstytucyjnych swobód mianem „bałamutnych haseł” to działania skrajnie szkodliwe. Prawo stanowione w stanie afektu staje się trwałym narzędziem opresji wobec całego społeczeństwa.

Jeśli w imię ułudnego poczucia bezpieczeństwa pozwolimy odebrać sobie wolność wypowiedzi i zgodzimy się, by o granicach debaty publicznej decydowali urzędnicy, obudzimy się w państwie, w którym zbrodnie nie ustaną, ale nikt nie będzie miał już prawa o nich głośno i krytycznie mówić.

5 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj